Jako wprowadzenie niech służy ten post z pewnego forum:
,, Witam,
Piszę w dość nietypowej sprawie:
W polisie zawartej dnia 08.01.2010 suma ubezpieczenia (wartość samochodu) określona przez przedstawiciela TU wyniosła 9 000 zł,
dnia 08.02.2010 miałem kolizję z mojej winy, poszkodowanemu wypłacono
odszkodowanie z mojego OC bez problemu, schodki zaczęły się przy
przyznaniu odszkodowania z AC. Określono szkodę całkowitą ponieważ Wg
TU koszt naprawy przekroczył 297% wartości pojazdu, wartość samochodu
na dzień szkody wyniosła 4 400 zł (w przeciągu miesiąca zmalała
o ok. 51 %? Nieprawdopodobne!), wartość pozostałości określono na 11
000 zł (jakim cudem?) wobec czego przyznano odszkodowanie - 3 300 zł.
Domyślam się, że mogli po prostu wpisać za dużo jedno zero, ale moim
zdaniem takie sytuacje nie powinny mieć miejsca w przypadku poważnych
spraw jakimi są te dot. przyznawania odszkodowania. Ale to można
wybaczyć, Beznadziejnym faktem jest zaniżona wartość pojazdu.
W związku z tym piszę odwołanie o ponowne rozpatrzenie sprawy przez Zarząd xxxxxx,,
źródło:odzyskaj.info
Taki problem spotyka wielu ubezpieczonych.Po 2-3 miesiącach ich samochód potrafi stracić na wartości ok 50 %.Podczas gdy podatkowa stawka amortyzacji wynosi 20%.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
Doszło do wypadku i mamy problem ubezpieczyciel wypłaca nam połowę
wartości polisy.Przeważnie uzasadnia to tym że agent się i dokonał za
wysokiej wyceny wartości naszego pojazdu.Ubezpieczyciel zwróci nam też
nadpłatę składki.
Dlaczego agenci zawyżają wartość samochodu przy zawieraniu umowy ubezpieczenia? Odpowiedź jest prosta- dla większej prowizji.Ubezpieczony zazwyczaj nie reaguje bo myśli że w razie szkody otrzyma kwotę z polisy.Uważa ze zrobił dobry interes.Tymczasem kwota na polisie oznacza że zakład ubezpieczeń zapłaci odszkodowanie DO tej kwoty.Rozczarowanie przychodzi podczas procesu likwidacji szkody.
Nasuwa się jeszcze jedno pytanie.Która wycena jest wyceną błędną.Rozumie tolerancje błędu o 5,10,15 % ale 100% - to coś tu nie gra.Agent zawyżając wartość naszego samochodu robi to dla swojej większej prowizji.Tak więc wprowadza nas w błąd w celu osiągnięcia korzyści majątkowej jaka jest prowizja.Myślę że popełnia przestępstwo oszustwa
Art. 286. § 1
Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do
niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą
wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do
należytego pojmowania przedsiębranego działania,
podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
§ 3. W wypadku mniejszej wagi, sprawca
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Dajcie znać o takich przypadkach
źródło: odszkodowania24.bblog.pl
POLECANE:
odszkodowanie-powypadkowee.blog.pl
skomentuj (0)
Jako wprowadzenie niech służy ten post z pewnego forum:
,, Witam,
Piszę w dość nietypowej sprawie:
W polisie zawartej dnia 08.01.2010 suma ubezpieczenia (wartość samochodu) określona przez przedstawiciela TU wyniosła 9 000 zł,
dnia 08.02.2010 miałem kolizję z mojej winy, poszkodowanemu wypłacono
odszkodowanie z mojego OC bez problemu, schodki zaczęły się przy
przyznaniu odszkodowania z AC. Określono szkodę całkowitą ponieważ Wg
TU koszt naprawy przekroczył 297% wartości pojazdu, wartość samochodu
na dzień szkody wyniosła 4 400 zł (w przeciągu miesiąca zmalała
o ok. 51 %? Nieprawdopodobne!), wartość pozostałości określono na 11
000 zł (jakim cudem?) wobec czego przyznano odszkodowanie - 3 300 zł.
Domyślam się, że mogli po prostu wpisać za dużo jedno zero, ale moim
zdaniem takie sytuacje nie powinny mieć miejsca w przypadku poważnych
spraw jakimi są te dot. przyznawania odszkodowania. Ale to można
wybaczyć, Beznadziejnym faktem jest zaniżona wartość pojazdu.
W związku z tym piszę odwołanie o ponowne rozpatrzenie sprawy przez Zarząd xxxxxx,,
źródło:odzyskaj.info
Taki problem spotyka wielu ubezpieczonych.Po 2-3 miesiącach ich
samochód potrafi stracić na wartości ok 50 %.Podczas gdy podatkowa
stawka amortyzacji wynosi 20%.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
Doszło do wypadku i mamy problem ubezpieczyciel wypłaca nam połowę
wartości polisy.Przeważnie uzasadnia to tym że agent się i dokonał za
wysokiej wyceny wartości naszego pojazdu.Ubezpieczyciel zwróci nam też
nadpłatę składki.
Dlaczego agenci zawyżają wartość samochodu przy zawieraniu umowy ubezpieczenia? Odpowiedź jest prosta- dla większej prowizji.Ubezpieczony zazwyczaj nie reaguje bo myśli że w razie szkody otrzyma kwotę z polisy.Uważa ze zrobił dobry interes.Tymczasem kwota na polisie oznacza że zakład ubezpieczeń zapłaci odszkodowanie DO tej kwoty.Rozczarowanie przychodzi podczas procesu likwidacji szkody.
Nasuwa się jeszcze jedno pytanie.Która wycena jest wyceną błędną.Rozumie tolerancje błędu o 5,10,15 % ale 100% - to coś tu nie gra.Agent zawyżając wartość naszego samochodu robi to dla swojej większej prowizji.Tak więc wprowadza nas w błąd w celu osiągnięcia korzyści majątkowej jaka jest prowizja.Myślę że popełnia przestępstwo oszustwa
Art. 286. § 1
Kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do
niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą
wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do
należytego pojmowania przedsiębranego działania,
podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
§ 3. W wypadku mniejszej wagi, sprawca
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Dajcie znać o takich przypadkach
źródło: odszkodowania24.bblog.pl
POLECANE:
odszkodowanie-powypadkowee.blog.pl
skomentuj (0)
Jeżeli uszkodziłeś samochód na ulicy pełnej wyrw, możesz zażądaćodszkodowania od urzędu miasta lub gminy. Samorządy są ubezpieczone natakie wypadki, ale się tym nie chwalą. Dlatego niewielu jak dotądkierowców otrzymało pieniądze za zniszczenia aut powstałe z winyzarządcy drogi.
Urząd Miasta w Białej Podlaskiej
wypłacił w ubiegłym roku kilkukierowcom odszkodowania za naprawę
samochodów uszkodzonych nadziurawych ulicach. Były to różne kwoty: 200,
300 zł, ale i wyższe,600-700 zł. W tym roku, jak informuje Ranata
Szwed, dyrektor gabinetuprezydenta miasta, wpłynął jeden wniosek.
Ubytki w nawierzchni ulicsą w tej chwili tak duże, że miasto na łatanie
dziur po zimie wyda 1mln 246 tys. zł, czyli wszystko, co przeznaczyło
na naprawy w tym roku.Remonty wykona bialskie Przedsiębiorstwo Robót
Drogowych. Ponadto naalei Jana Pawła II, od Francuskiej do Janowskiej,
będzie położony nowydywanik. Zanim jednak dziury znikną, samochody
narażone będą nauszkodzenia i zniszczenia.
Jeśli już do tego
dojdzie, o zwrotpieniędzy za naprawę można wystąpić do urzędu. Renata
Szwed radzi, abyod razu po takim zdarzeniu wezwać na miejsce policję
lub straż miejskąw celu sporządzenia protokołu, którego kopię dobrze
jest dołączyć, obokrachunku z warsztatu, do wniosku składanego w
Urzędzie Miasta. Wskazanejest też wykonanie zdjęcia ubytku w jezdni
oraz całej drogi, by byłowiadomo, o którą ulicę chodzi. No i spisanie
zeznań świadków, jeżelitacy są. – Trzeba jednak pamiętać, że nie
wszystkie ulice w mieście sązarządzane przez miasto. Niektóre należą do
spółdzielni mieszkaniowych.Jeżeli droga znajduje się w remoncie,
współodpowiedzialność ponosiwykonawca robót – zaznacza Szwed.
Trzyletnia polisa wykupiona w 2007roku kosztowała miasto 510 tys. zł.
Obejmuje także ubezpieczenie odkradzieży, włamań, wypadków losowych,
również tych w szkołach iplacówkach kultury.
Polisę drogową
wykupuje także powiat bialski. Ipodobnie jak w przypadku miasta,
kierowcy rzadko zwracają się o wypłatęodszkodowania. – To są pojedyncze
przypadki. Staramy się temuzapobiegać, oznakowując niebezpieczne
miejsca. Ale zdarzają się różnenieprzewidziane okoliczności, na
przykład pojawiają się wyrwyspowodowane podmyciem jezdni po ulewie.
Mamy to ubezpieczenie nawszelki wypadek – mówi Krystyna Beń, dyrektor
Zarządu Dróg Powiatowychw Białej Podlaskiej.
W powiecie bialskim
jest przeszło tysiącdwieście kilometrów dróg. Większość będzie wymagała
po zimie solidnegoremontu. W budżecie zapisano około miliona zł na
bieżące utrzymaniecałoroczne, z czego na same doraźne naprawy można
przeznaczyć zaledwie500-600 tys. zł. To tyle co nic. Na dodatek łatanie
dziur rozpoczniesię dopiero w kwietniu. Kierowcy muszą się więc uzbroić
w cierpliwość.Najbardziej zniszczone są drogi: Biała Podlaska-Piszczac,
Cicibór-LeśnaPodlaska, Ortel-Studzianka-Łomazy, Dubów-Dokudów.
W
powieciełosickim zabrakło kasy na zimowe utrzymanie dróg i Zarząd
DrógPowiatowych wystąpił do starosty o dodatkowe 150 tys. zł. – Na
remontypotrzeba będzie dużo więcej pieniędzy niż w poprzednich latach,
i mamnadzieję, że uda nam się je uzyskać z oszczędności po przetargach
nazaplanowane inwestycje – liczy Leszek Budrewicz, dyrektor ZDP
wŁosicach.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
Janusz
Kobyliński, burmistrz miasta i gminy Łosice, pamięta tylkojeden
przypadek wypłaty odszkodowania drogowego. Na ulicy Mickiewiczabus
wjechał na wystającą studzienkę, którą po ulewie woda dookołaobmyła. –
Był też wniosek od kierowcy, który postawił samochód przyznaku. Znak
się przewrócił i porysował lakier. Stwierdziliśmy jednak,że zgodnie z
przepisami pojazd powinien stać co najmniej 15 metrówdalej. Więc
odszkodowanie nie należało się – wyjaśnia burmistrz. Jakustaliliśmy,
polisę ma także miasto Międzyrzec Podlaski.
JarosławPrzesław,
dyrektor jednego z oddziałów firmy ubezpieczeniowejInterRisk, która
często startuje w przetargach ogłaszanych przez miastai gminy,
przyznaje, że wysokość składki zależy w dużej mierze od ilościroszczeń
wobec zarządcy dróg. To dlatego pewnie samorządy wolą nieinformować
mieszkańców o tym, że mogą występować o odszkodowania.
Stanisław
Uściński, właściciel warsztatu samochodowego w BiałejPodlaskiej: –
Zalecam bardzo ostrożną jazdę, bo inaczej narazimy się naduży wydatek.
Nawet jeśli ubytek w jezdni nie wydaje się duży napierwszy rzut oka, to
przecież nie wiemy, jak jest głęboki, szczególniegdy przykrywa go woda.
Najczęściej dochodzi do uszkodzenia miskiolejowej, urwania wahacza,
pęknięcia opony, zniszczenia felgi, zderzakalub spojlera. Koszty
naprawy mogą wynieść kilkaset złotych.
źródło:slowopodlasia.pl
POLECANE:
skomentuj (0)
Zakłady ubezpieczeń zaniżają odszkodowania starając się przenieść część winy na poszkodowanego (tzw przyczynienie się).Możemy mieć problem mimo oświadczenia sprawcy o przyznaniu się do winy, dlatego zawsze warto wezwać policję. Ubezpieczyciele powołują się na zasadę ograniczonego zaufania i szczególnej ostrożności której nie zachował poszkodowany.Poniżej podajemy wzór pisma gdy już do takie sytuacji dojdzie.
Adam Kowalski Warszawa, dnia 20.05.2009 r.
ul. Nowa 12
00-900 Warszawa
Dyrektor
(nazwa ubezpieczyciela)
Centrum Likwidacji Szkód w Warszawie
ul. Prosta 16
00-900 Warszawa
Dotyczy: szkody komunikacyjnej z dnia 24.04.2009 r. - szkoda w pojeździe marki Opel, nr rej. WAA 1234, nr szkody: PL2009031900657820
(nazwa ubezpieczyciela). przyznał odszkodowanie w kwocie 6.975 zł za
uszkodzony pojazd marki Opel i pomniejszył przyznaną kwotę o 50%, tj. o
stopień przyczynienia się poszkodowanego do powstania lub zwiększenia
szkody. W imieniu własnym wnoszę odwołanie od powyższej decyzji
(ubezpieczyciel)., gdyż całkowicie nie zgadzam się ze stanowiskiem
(ubezpieczyciel). i ustalonym przyczynieniem się poszkodowanego.
Uzasadnienie
Jak wskazuje (ubezpieczyciel) w swojej decyzji pojazd Renault włączał
się do ruchu. Zatem kierowca powinien ustąpić pierwszeństwa przejazdu
kierującemu pojazdem Opel. Jednak ze względu na to, że ruch pojazdów
odbywał się w strefie zamieszkania to kierujący pojazdem Opel także
zobowiązany był do zachowania szczególnej ostrożności dostosowanej do
poruszania się w strefie zamieszkania oraz poruszania się z prędkością
nie przekraczającą 20 km/h.
Oczywiście przepisy ustawy - Prawo o ruchu drogowym nakazują zachowanie
należytej ostrożności. Ostrożność powinna prowadzić do przewidywania i
konkretnego, prawidłowego reagowania na zmieniające się sytuacje
drogowe oraz pojawiające się niebezpieczeństwo. Zakładany jest model
ograniczonego zaufania. Ostrożność owa nie może oznaczać jednak, że
kierowca zobowiązany jest przyjąć jako założenie, iż w każdej chwili na
drodze może pojawić się przeszkoda. Z zasady ograniczonego zaufania nie
można wyprowadzić zapatrywania, z którego wynika, że jeśli jeden z
uczestników ruchu naruszył w konkretnej sytuacji obowiązujące przepisy,
wówczas jego błąd powinien być naprawiony przez drugiego uczestnika tej
sytuacji. Takie rozumowanie ujmujące niezwykle szeroko obowiązek
zachowania ostrożności przerzuca na kierowcę - uczestnika kolizji
spowodowanej przez drugiego kierowcę - ciężar winy i ciężar dowodu.
Nie sposób określić momentu w danej sytuacji w ruchu drogowym, od
którego zaczyna obowiązywać kierującego zasada nieufności lub
powinności ograniczonego zaufania. Każda sytuacja w ruchu drogowym jest
dynamiczna i ulega ustawicznym zmianom, musi być wiec oparta na
przewidywaniu i umiejętności wyobrażenia sobie tego, co może nastąpić.
Jednakże owo przewidywanie i wyobrażenia mają zakres ograniczony przy
założeniu pewnej modelowości ruchu drogowego. Zachowania niemodelowe są
bowiem ekscesami, nieprzewidywalnymi anomaliami (wyrok SN z 4 marca
1981 r., V KRN 35/81 , OSNPG 1981, nr 6, poz 67). W zmasowanym ruchu
kierowcy nie zawsze wystarczy przewidywanie.
Ocena, czy kierujący prowadził pojazd rozważnie i ostrożnie (a tym
samym czy przyczynił się do powstania szkody), nie może opierać się
tylko na fakcie że wypadek nastąpił. Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 28
grudnia 1970 r. Rw 1437/70 Inf. Praw, nr 2, s. 3 wyraża pogląd:,,
Uznanie, że kierowca powinien liczyć się abstrakcyjnie z każdym, nawet
najbardziej rażącym naruszeniem przepisów drogowych (…),oznaczałoby z
prawnego punktu widzenia (…) przyjęcie za podstawę odpowiedzialności
kierowcy odrzuconej powszechnie zasady braku zaufania w ruchu lądowym”.
Na przykład dostrzeżenie spokojnie zachowującej się grupy dzieci nie
nakłada na kierowcę obowiązku przewidywania możliwości wtargnięcia
któregoś z nich lub innych osób znajdujących się po przeciwnej stronie
drogi. Możliwość taka ma bowiem charakter abstrakcyjny czysto
teoretyczny i wobec tego nie można oczekiwać od kierowcy pojazdu
powinności jej uwzględnienia w trakcie poruszania się pojazdem po
drodze publicznej. Zmuszałoby to przecież do takiego zmniejszenia
prędkości, które umożliwia uniknięcie wypadku w razie wtargnięcia kogoś
na jezdnie, a więc do prędkości zupełnie sprzecznej z założeniami
płynności i celowości ruchu drogowego.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
Zasada ograniczonego zaufania przesuwa obowiązek przewidywania
za sfery wyobrażeniową w sferę praktyczną. Kierowca bowiem nie ma
obowiązku przewidywania tego wszystkiego, co na podstawie ogólnego
doświadczenia drogowego może przewidzieć i narzucania sobie
wynikających z tego ograniczeń (A. Bachrach, Przestępstwa i wykroczenia
w nowym prawie polskim, Warszawa 1974, s210)
W wyroku z 25 maja 1995 r. II KRN 62/95 Sad Najwyższy sformułował
następujący pogląd: ,,Jak się powszechnie przyjmuje, przekroczenie
przepisów przez innego użytkownika drogi zwalnia-zgodnie z zasadą
ograniczonego zaufania-osobę przestrzegającą przepisów od
odpowiedzialności, gdy dostrzegając przekroczenie lub je przewidując,
zrobiła wszystko, co było możliwe w danej sytuacji, aby zaistniałemu
niebezpieczeństwu przeciwdziałać (tzn. prawidłowość manewrów obronnych).
Dalej SN w wyroku z dnia 19 października 2005 r ., IV KK 244/05
wskazuje: ,,Nałożenie na uczestników ruchu drogowego obowiązku
przewidzenia bez wyjątku, nawet najbardziej irracjonalnych zachowań
innych uczestników tego ruchu, prowadziłoby w prostej linii do jego
sparaliżowania.”
Zasady ograniczonego zaufania nie można interpretować rozszerzająco i
obarczać kierowcy odpowiedzialnością za każdą sytuację powstałą na
drodze (wyr. SN z dnia 16 lipca 1975 r., V KRN 79/75, niepubl.).
W przypadku przyczynienia się poszkodowanego do powstania szkody należy
porównać stopień winy obu stron. To sprawca (który przyznał się do
winy) naruszył bezwzględny nakaz ustąpienia pierwszeństwa i nie
zachował szczególnej ostrożności przy włączaniu się do ruchu.
Obarczenie pokrzywdzonego winą w 50% jest niedopuszczalne.
Biorąc powyższe pod uwagę, w przypadku poszkodowanego nie może być mowy o przyczynieniu się do powstania szkody.
Podkreślam też, że nie jest zamiarem poszkodowanego „naciąganie”
zakładu ubezpieczeń na wypłatę nienależnego odszkodowania. Swoim
zachowaniem zmierza on jedynie do zaspokojenie bez wątpienia należnych
mu roszczeń.
Żywię nadzieję, że ponowne przeanalizowanie sprawy przez Dyrektora
(nazwa ubezpieczyciela) pozwoli wyeliminować błędne ustalenia
pracowników i rozstrzygnięcia podjęte na ich podstawie i wypłacić
należne poszkodowanemu odszkodowanie.
źródło:odszkodowania24.bblog.pl
POLECANE:
Odszkodowanie
Coraz więcej pacjentów, którzy czują się ofiarami błędów lekarskich, oddaje sprawy do sądu. Najwyższe odszkodowania przekraczają milion złotych.
9-letni dziś Szymon nie chodzi, nie może siedzieć, je tylko zmiksowane posiłki, nie mówi, źle widzi i ma padaczkę. W trakcie trwającego sześć lat procesu sąd na podstawie ekspertyz biegłych stwierdził, że wszystko to jest następstwem błędów, jakich dopuścili się lekarze szpitala w Puławach, w którym chłopiec przyszedł na świat. Zamiast zastosować cesarskie cięcie, kilka dni wywoływali lekami poród naturalny. Ostatecznie, gdy chłopiec się urodził, nie oddychał i nie było akcji serca. Trzeba było go reanimować. Przeżył, ale jest kaleką.
W ubiegłym roku Sąd Apelacyjny w Lublinie podtrzymał wyrok sądu okręgowego i nakazał wypłacić rodzicom Szymona zadośćuczynienie w wysokości 600 tys. zł, 57 tys. odszkodowania wraz z odsetkami należnymi od początku procesu oraz rentę w wysokości 5,6 tys. złotych. W sumie - ponad milion złotych.
Odszkodowania idą w miliony
Na początku ubiegłego roku zapadł kolejny wyrok dotyczący szpitala w Puławach, również wydany przez lubelski sąd okręgowy. Przyznał on odszkodowanie rodzicom 6-letniej Martynki, która urodziła się z licznymi schorzeniami wywołanymi po błędzie przy porodzie. Dziewczynka miała porażenie mózgowe. Nie słyszała i nie widziała. Nie mogła siedzieć ani przełykać. Sąd uznał, że stan zdrowia dziecka spowodowany był tym, iż zamiast cesarskiego cięcia poród odbył się siłami natury. Stało się tak mimo zaleceń dyżurującej lekarz, która stwierdziła, że płód jest niedotleniony i należy natychmiast wykonać cesarskie cięcie. Kierowniczka dyżuru położniczo-ginekologicznego nie posłuchała. Sąd skazał ją na karę więzienia w zawieszeniu i roczny zakaz wykonywania zawodu.
Rodzice Martynki wytoczyli puławskiemu szpitalowi proces w lutym 2007 r. Żądali pół miliona odszkodowania i renty dla dziewczynki. W 2008 roku dziecko zmarło. W 2009 roku sąd okręgowy zasądził na ich rzecz 630 tys. zł odszkodowania.
Aż 2,4 mln zł i 6 tys. zł renty zażądali z kolei rodzice chłopca, który w trakcie rutynowego wycięcia migdałków w szpitalu w Poznaniu stracił zdrowie. W 2004 roku czteroletni Mateuszek po zabiegu stracił przytomność, przestało bić mu serce. Konieczna była reanimacja. W wyniku niedotlenienia mózgu dziecko nie mówi i nie chodzi. W grudniu ubiegłego roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu uznał jednak wnioskowaną kwotę za "rażąco wygórowaną” i przyznał 750 tys. zł odszkodowania i 4,8 tys. zł miesięcznej renty.
Pozwów o odszkodowania za błędy lekarskie, powikłania po zabiegach itp. z roku na rok przybywa.
- Ale nie lawinowo, bo ciągle jeszcze boimy się sądów jak ognia –
zaznacza Adam Sandauer, szef Stowarzyszenia Pacjentów "Primum Non
Nocere”, które pomaga osobom poszkodowanym. – Szacujemy, że rocznie
zdarza się w Polsce 20-30 tysięcy błędów i pomyłek lekarskich. Pozwów
jest zaledwie około tysiąca. W dodatku bardzo często sprawy te są
oddalane i umarzane, a kosztami procesu obciążany jest pacjent. Prawo
jest tak skonstruowane, że to właśnie osoba poszkodowana ma udowodnić
winę lekarza czy szpitala i nie może liczyć na żadną pomoc ze strony
państwa.
Dyrektorzy opolskich szpitali przyznają, że ich placówkom też zdarzają się przegrane procesy o odszkodowania. Wypłacają je firmy ubezpieczeniowe, bo szpitale mają obowiązek ubezpieczać się od odpowiedzialności cywilnej.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
– W ostatnich latach odszkodowań w wysokości kilku czy kilkunastu
tysięcy mieliśmy dwa, może trzy – mówi Marek Piskozub, dyrektor
opolskiego Wojewódzkiego Centrum Medycznego. – W stosunku do wielkości
placówki to bardzo niewiele. No i nie były to przypadki błędów
lekarskich, ale sprawy związane z powikłaniami pozabiegowymi – tłumaczy.
Dr Julian Pakosz, z-ca dyr. Szpitala Wojewódzkiego w Opolu ds. lecznictwa, mówi w sumie o sześciu toczących się lub zakończonych już postępowaniach w ostatnich dwóch latach.
– Żaden z pozwów nie dotyczył błędów lekarskich – zapewnia. – Bywają
natomiast niestety procesy związane z powikłaniami pozabiegowymi czy
niezadowoleniem pacjentów z wyników leczenia. Ogromny postęp medycyny i
coraz doskonalsza technologia powodują, że czasem od lekarzy oczekuje
się cudu. Ale gdyby to było możliwe, to bylibyśmy nieśmiertelni.
Tymczasem, mimo osiągnięć na wielu polach, długo jeszcze lekarze i medycyna stawać będą w sytuacjach, w których nie ma oczywistych rozwiązań.
Roszczenia pacjentów wobec Szpitala Wojewódzkiego sięgały w ostatnim czasie od kilkunastu do nawet ponad 200 tys. zł.
– Ale tak wysokich odszkodowań nasz ubezpieczyciel nie musiał jeszcze wypłacać – mówi dr Pakosz. – Zdarzyły się natomiast takie rzędu 20 tysięcy.
W jednym z tych przypadków pacjent cierpiący od lat na schorzenia
ortopedyczne po kilkunastu operacjach w kilku różnych klinikach
operowany był też w opolskim Szpitalu Wojewódzkim.
– Jego stan po operacji się poprawił, ale nie był zgodny z
oczekiwaniami – wspomina dr Julian Pakosz. – Prawdopodobnie przed
zabiegiem zbyt lakonicznie udzielono mu informacji na temat efektów i
nadzieje były zbyt duże.
Najwyższe w historii odszkodowanie na Opolszczyźnie zapłacił kilka lat temu szpital ginekologiczno-położniczy w Opolu. Było to ponad 800 tys. zł. Na przełomie roku 2008 i 2009 w związku z inną sprawą musiał wypłacić kolejne 98 tys. Dyrektor Aleksandra Kozok wraca do tego niechętnie i nie chce mówić o szczegółach.
– Bo to dla nas sprawy przykre, nie tylko ze względów finansowych – mówi. – Jeśli coś takiego się zdarzy, a na szczęście zdarza się bardzo rzadko i większość z procesów jest przez sądy oddalana, to przeżywają to również pracownicy zespołu. Lekarz, położna czy pielęgniarka to zawody szczególnej odpowiedzialności i wykonują je ludzie z powołaniem. A powikłania czasem mają miejsce niezależnie od wiedzy i najlepszych chęci. Pacjenci czy ich rodziny mają natomiast prawo dochodzić zadośćuczynienia za poniesiony uszczerbek na zdrowiu czy odczucie cierpienia i to szanujemy.
Szpitalowi w Nysie większe sprawy się dotychczas nie zdarzyły, ale 3-4 razy do roku podpisywane są ugody z pacjentami skutkujące wypłacaniem kilku tysięcy złotych.
– Przy sprawach drobnych ubezpieczyciel wybiera taką formę, by nie brnąć w wieloletnie procesy – wyjaśnia Norbert Krajczy, dyrektor placówki. – Ale nawet tak niewielkie odszkodowania skutkują podniesieniem stawki za ubezpieczenie za rok następny.
– Ale wiele procesów rozstrzyganych jest na korzyść szpitali – podkreśla dr Julian Pakosz.
– W ubiegłym roku mieliśmy na przykład sprawę o 200 tysięcy
odszkodowania – wspomina dyrektor. – Chodziło o przewlekle chorą
pacjentkę, operowaliśmy ją w stanie zagrożenia życia. Sąd uznał,
wspierając się opinią biegłych, że gdybyśmy tej interwencji nie
podjęli, to pacjentka by nie przeżyła. Z przewlekłej choroby jednak
dzięki temu zabiegowi nie wyszła i to było przyczyną pozwu.
Dyrektorzy szpitali, przedstawiciele Izby Lekarskiej i Okręgowego
Sądu Lekarskiego twierdzą, że jedną z najczęstszych przyczyn skarg i
pozwów jest brak odpowiedniej informacji udzielanej pacjentowi.
– Dla przykładu: jeśli usuwam ząb, to mój pacjent powinien być
poinformowany, że przez około pół roku mogą się zdarzać drętwienia
żuchwy czy zaburzenia krzepnięcia krwi – wyjaśnia dr Rafał Pędich,
przewodniczący Okręgowego Sądu Lekarskiego w Opolu. – Jeśli się tak
zdarzy, powinien się do mnie zgłosić. I ma to usłyszeć przed zabiegiem.
Na konieczność podawania rzetelnej i pełnej informacji o ewentualnych
konsekwencjach zabiegu czy terapii ciągle uczulamy lekarzy. Bo
powikłania mogą się zdarzyć zawsze.
Nieinformowanie o nich też może się skończyć olbrzymim odszkodowaniem. Przykładem tego jest przypadek pani Teresy, emerytowanej nauczycielki z Warszawy. W 1989 roku przeszła ona w jednym z warszawskich szpitali badanie diagnostyczne. Użyto w nim dozwolonego jeszcze wtedy, ale przestarzałego i niosącego duże ryzyko preparatu. Pani Teresy nikt o tym ryzyku przed zabiegiem nie poinformował. A ten spowodował paraliż ciała od piersi w dół.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
Proces w tej sprawie trwał 16 lat! W finale sąd uznał, iż badanie
przeprowadzono prawidłowo, ale nikt nie zapytał o zgodę na nie
pacjentki. A powinien.
W związku z tym Ministerstwo Zdrowia, któremu ów szpital podlegał, musiało wypłacić poszkodowanej milion złotych renty i zadośćuczynienia za krzywdy i cierpienia oraz koszty rehabilitacji, lekarstw oraz diety. Bo brak informacji to też forma lekarskiego błędu.
W opolskim sądzie lekarskim na bieżąco toczy się kilka spraw. W ubiegłym roku było ich około 30. Organ ten może ukarać winnego lekarza upomnieniem, a w skrajnych przypadkach odebraniem prawa wykonywania zawodu. Pacjenci, którzy czują się poszkodowani, korzystają też z procesów cywilnych. Lekarze podkreślają swoje dobre chęci, ale są pewni, że takie sprawy są i będą się zdarzać.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
– Choćby dlatego, że jest coraz więcej firm prawniczych, które
specjalizują się w tego typu procesach – mówi Norbert Krajczy. – A
służba zdrowia to łakomy kąsek dla tych, którzy chcieliby powalczyć o
odszkodowanie...
Prof. Marian Zembala, znakomity polski kardiochirurg, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, opowiada:
– Trafił do nas kilka lat temu 72-latek z ciężkim pozawałowym
uszkodzeniem serca. Był konsultowany w pięciu innych ośrodkach
kardiochirurgii. Nie nadawał się do przeszczepu. Miał zaawansowaną
miażdżycę, przeszedł chorobę nowotworową. Mimo to zdecydowaliśmy się
przeprowadzić zabieg, który dawał mu 60 procent szans na przeżycie.
Oczywiście konsultowaliśmy to z żoną. Pacjent był u nas trzy miesiące.
Potem wyszedł, zaczął nawet chodzić. Ale jakiś czas potem, na skutek
zrostów po guzie w jamie brzusznej, zmarł.
Po jego śmierci w Polsce zjawił się syn, który mieszkał w Niemczech, i oskarżył lekarzy o błąd w sztuce, żądając odszkodowania.
– Żona zmarłego przyznała, że syn nie bardzo interesował się ojcem w
czasie choroby – mówi profesor. – Gdy ten zmarł, poszedł do sądów i
gazet...
I dodaje: – Takie procesy mogą niestety sprawić, że niektórzy lekarze
będą się obawiali podjąć zabiegów obarczonych dużym stopniem ryzyka. A
przecież te zabiegi często kończą się sukcesem.
Dr Jerzy Jakubiszyn, laryngolog, szef Okręgowej Izby Lekarskiej w Opolu, zaznacza, że ewidentne błędy lekarskie – np. sławetne zaszywanie narzędzi, wacików czy chust w organizmie – to dziś margines. Może się natomiast zdarzyć zła diagnoza czy – gdy tempo pracy i stres jest duży – przeoczenie.
– Na przykład w przypadku urazów wielonarządowych, gdy lekarz skupia się na – wydaje się – najbardziej uszkodzonym organie. A po jakimś czasie okazuje się, że nie dostrzegł mało widocznego urazu któregoś z ważniejszych dla funkcji życiowych narządu – mówi. – Trzeba też pamiętać o tym, że nie ma dwóch identycznych pacjentów. Dlatego czasem nawet banalny zabieg może się okazać poważny.
Dr Jakubiszyn przestrzega też przed rutyną i zbyt pochopnym podejmowaniem decyzji. – Jeśli cztery na pięć objawów wskazuje na to, że należy postawić określoną diagnozę, to sprawdź ten piąty. On może zmienić wszystko. Dlatego lekarze, nawet ci najlepsi, tak często się konsultują.
I dodaje: – Ludzki organizm to nie automat. Każdy jest inny, towarzyszą mu inne uwarunkowania. A medycyna to nie klocki. I pewnie każdy lekarz z kilkunastoletnim doświadczeniem choć raz był w sytuacji, gdy miał wątpliwości co do stawianej diagnozy albo podejmował decyzje na granicy ryzyka. Mimo olbrzymiego postępu organizm ludzki i medycyna nadal są tajemnicą.
Czy da się uniknąć błędów lekarskich, złych diagnoz, powikłań i procesów? Nie – przyznają lekarze. Bo niektóre powikłania po prostu mogą się zdarzać przy konkretnych zabiegach czy formach terapii. Złych diagnoz natomiast można się starać unikać.
– Ale to często bywa sztuka wyboru między 2-3 równoważnymi metodami – stwierdza dr Julian Pakosz ze Szpitala Wojewódzkiego w Opolu. – Którąś trzeba wybrać i nigdy nie ma całkowitej pewności, że ta, którą zastosujemy, okaże się najlepsza.
– Za to ewidentnych błędów można się ustrzec – dodaje. – To kwestia staranności i dobrej organizacji.
– Ważne jest, by nawet gdy posiadamy ogromną wiedzę medyczną i wiele
lat doświadczenia, nie zapomnieć o pokorze – przestrzega prof. Marian
Zembala.
źródło: nto.pl
POLECANE:
skomentuj (0)
Dwoje licealistów z Wrocławia, którzy zaistnieli próbując doprowdzić do usunięcia krzyży w swojej szkole będzie się procesować z eurodeputowanym PiS Ryszardem Legutką. We wtorek złożyli pozew. Maturzyści domagają się przeprosin i 5 tys. zł odszkodowania na cele społeczne. Pomaga im Helsińska Fundacja Praw Człowieka.
Co tak ubodło członka redakcji antyklerykalnego portalu Racjonalista.pl. Zuzannę Niemier i Tomasza Chabinkę, że zamiast uczyć się do matury postanowili się procesować z byłym ministrem edukacji? - „Szczeniacka zadyma" zrobiona przez "rozpuszczonych smarkaczy, którzy czują się bezkarnie" – tymi słowami prof. Ryszard Legutko nazwał akcję uczniów z XIV LO we Wrocławiu.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
W sprawę zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która wzięła stronę maturzystów. - Te słowa, zdaniem uczniów, naruszyły ich dobra osobiste - ocenił Maciej Bernatt z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. - Nie ma wątpliwości, że polityk zajmujący tak wysokie stanowisko powinien wyrażać swoje poglądy w taki sposób, aby nie dyskredytować działań młodych osób – dodał.
Z kolei pisarz i publicysta Bronisław Wildstein w rozmowie z Fronda.pl zamieszanie wywołane przez dwójkę młodych ludzi ocenił krótko: - Jestem zaskoczony, że rozwydrzonych gówniarzy nie można nazwać rozpuszczonymi smarkaczami. A do tego pomaga im organizacja szczycąca się ochroną praw człowieka. Tutaj występuje ograniczając wolność wypowiedzi i odbiera możliwość nazywania rzeczy po imieniu.
Uczniowie, rozochoceni orzeczeniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka ws. krzyży we włoskiej szkole, postanowili zdobyć sławę. Zażądali, żeby w ich szkole pozdejmować wizerunki ukrzyżowanego Jezusa. Ich postulat wywołał poruszenie w skali kraju. Skrajnie lewicowa "Gazeta Wyborcza" przedstawiała tych młodych ludzi jak bohaterów walki o wolność.
We wrocławskim liceum odbyła się w tej sprawie debata, w trakcie której uczniowie odcięli się od pomysłu swoich kolegów.
źródło: fronda.pl
POLECANE:
skomentuj (0)
Dwóch spośród czterech uniewinnionych od zarzutu zamachu na Henryka M., ps. Lewatywa, kiedyś znanego w Bydgoszczy gangstera, chce odszkodowania za tymczasowe aresztowanie.
Jak dowiedziała się "Pomorska", pozwy o odszkodowanie złożyli Stefan Ch., ps. Stif i Tadeusz Sz., ps. Warszawiak. Obaj są znani w bydgoskim półświatku przestępczym. Obaj byli lub są bohaterami wielu procesów kryminalnych. Ch. jest obecnie oskarżony m.in. o porwanie i przetrzymywanie w skrajnych warunkach dla okupu dwóch Holendrów. "Warszawiak" ł zamieszany w sprawę łódzkiej ośmiornicy.
odszkodowania za wypadek przy pracy, odszkodowanie powypadkowe
Mimo to obaj bydgoszczanie zgodnie z prawem mogą ubiegać się o odszkodowanie. W czasie, kiedy postawiono im zarzut próby zabójstwa Henryka M. byli na wolności. Dwaj pozostali - Robert M. - "Sałata" i Jacek W. - "Szafir", nie skorzystali z takiej możliwości, bo już byli w areszcie, pod zarzutem popełnienia innych przestępstw.
W sądzie nie poinformowano nas, jakiej wysokości odszkodowania żądają oczyszczeni z zarzutów. Sąd Okręgowy zbada sprawę pod koniec kwietnia.
Henryk M. został postrzelony 6 marca 2000 roku przed blokiem przy ulicy Traugutta, w którym mieszkał. Właśnie wracał z własnego ślubu. Jedynym świadkiem, który widział sprawców była sąsiadka "Lewatywy". Z jej opisu wynikało, że zamachowcy wyglądali jak ekipa remontowa. Mieli drabinę i byli ubrani w kombinezony.
źródło: pomorska.pl
POLECANE:
skomentuj (0)